Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwegia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwegia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 września 2011

Norweskorosyjski

Dziś wspomnienie i zarazem refleksja na temat jednego aspektu opisanej już letniej podróży po Norwegii.

Na pograniczu rosyjsko-norweskim (miasto Kirkenes, półwysep Varanger ogólnie daleka północ) od zawsze dochodziło do wzajemnych kontaktów między narodami posługującymi się różnymi językami. W omawianym przypadku norwescy kupcy często handlowali z rosyjskimi Pomorami osadnikami z okolic Morza Białego (zdjęcie za Wikipedią, CC):  






















W Muzeum Handlu z Pomorami w Vardø opisano kontakty handlowe między ludnością norweskojęzyczną oraz Rosjanami, mówiącymi, oczywiście, po rosyjsku. Jednakże, by handel miał miejsce, obie nacje musiały się porozumieć. W ten sposób wykształcił się lokalny żargon kupiecki. Oto zanotowana w muzeum próbka:

Kapitan Pomorów: Drasvi, gammel god venn på moja.
Kupiec norweski: Drasvi. Nogoli dag tvoja reise på Archangelsk otsuda?
KP: Tri vegel. Grot motvind.
KN: Tvoja fisk kopom?
KP: Ja.
KN: Kak pris?
KP: En våga mokka za to våga treska.
KN: Niet, eta mala.
KP: Slik slag, en o en halv våga treska za en våga mokka.
KN: Davaj.
KP: No davaj på kahut sitta ned, så nokka lite chai drinkom. Ikke skade.
KN: Basiba.

Fenomenalne połączenie języka germańskiego i słowiańskiego, z przewagą tego pierwszego pierwiastka. Dla osób niewładającym ani norweskim, ani rosyjskim tłumaczenie:

- Witaj, mój stary, dobry przyjacielu.
- Witaj. Dużo dni zajęła Tobie podróż z Archangielska tutaj?
- Trzy tygodnie. Ostry wiatr w dziób.
- Kupujesz rybę?
- Tak.
- Jaka cena?
- Jedna waga mąki za dwie wagi dorsza.
- Nie, to mało.
- No dobrze, półtorej wagi dorsza za jedną wagę mąki.
- Stoi.
- No to chodź do kajuty, wypijemy trochę herbaty. Nie zaszkodzi.
- Dziękuję.

Pełne porozumienie ponad podziałami.

A dziś prawdziwych Pomorów już nie ma” podczas ostatniego spisu powszechnego w Rosji do narodowości pomorskiej przyznało się sześć i pół tysiąca ludzi...

sobota, 6 sierpnia 2011

Po północy

14 dni i 8120 kilometrów na liczniku to krótki bilans mojego urlopu w Norwegii. Było świetnie. Oto impresje z pobytu.

Po drodze na Nordkapp

















trafić można na renifery.

















Zwierzęta te mogłyby z powodzeniem należeć do montypythonowskiego oddziału samobójców, ponieważ im bliżej samego Przylądka Północnego

















tym częściej owe nieco pokraczne czworonogi pojawiały się na jezdni.

















A na samym przylądku, położonym na 

















ujrzeć można było znany symbol północnego krańca Europy:























Jednakże droga na sam koniec nie jest prosta trzeba wpierw przejechać przez długi i głęboki tunel.

















Udawszy się zaś nieco na wschód od przylądka, można znaleźć się pod rosyjską granicą:

















Linia graniczna między Królestwem Norwegii a Feredarcją Rosyjską przebiega wzdłuż potoku Jakobselv. U ujścia rzeczonego cieku wodnego do Morza Barentsa znajduje się norweski kościółek, nazywany kaplicą szwedzkiego króla Oskara II (pamiętajmy, że Norwegia i Szwecja w przeszłości były jednym państwem).

















A ponieważ obszary przygraniczne zawsze bywały tyglami kultur, na terenie regionu Finnmark pojawiły się również drewniane kapliczki prawosławne, jak np. ta pod wezwaniem św. Jerzego, znajdująca się w Neiden i pochodząca z roku 1565.






















Na bagnach Dalekiej Północy można, przy odrobinie szczęścia, uzbierać własnoręcznie polarny rarytas malinę moroszkę. Owoce czerwone są niedojrzałe, dopiero barwa pomarańczowo-bursztynowa znamionuje brak przeciwwskazań do spożycia.






















Można też zboczyć nieco na zachód i udać się na Lofoty archipelag skalistych wysp, wyłaniających się prosto z morza.

















Tam też uda się, zapewne, natknąć na rozwieszonego, suszącego się sztokfisza. Widok dla oka przyjemny, zapach dla nosa niekoniecznie.


















W drodze powrotnej na południe przejeżdża się przez Narwik, 

















gdzie do dziś na dnie zatoki spoczywają dwie połówki wraku ORP Grom. Działania okrętu upamiętnione są pomnikiem.

















Następnie przekracza się koło podbiegunowe.






















Niestety, byli tu przede mną Rene, Leo i Greta

















oraz Gregor.

















A jak ktoś lubi klimaty infernalne, to powinien rozważyć wstąpienie na drogę o fenomenalnym numerze:

















Ma się na niej, co prawda, pierwszeństwo, ale zawrotnej prędkości człowiek nie rozwinie...






















Jeszcze bardziej na południowy zachód znajduje się Ålesund piękne secesyjne miasto (taki norweski Sopot, tylko bardziej kameralny).






















Nie należy również pominąć dwóch sztandarowych atrakcji środkowo-zachodniej Norwegii: Drogi Trolli, czyli wijącej się po zboczu górskiej szosy

















oraz fiordu, który wywołuje bodaj największy efekt wow" wśród odwiedzających Geirangerfjorden.






















Osoby zaś, chcące poobcować z zabytkami z listy UNESCO, mogą udać się do Bergen, gdzie znajduje się świetnie zachowana portowa dzielnica handlowa, zwana Bryggen.

















Jednakże i tu Polak zostawił swój ślad.

















Wreszcie, w okolicy Stavanger, polecam wyruszyć na pieszą wędrówkę przez góry i lasy do Preikestolen (Kazalnicy/Ambony) nieomal pionowego urwiska skalnego, opadającego ku wodom fiordu Lysefjorden.






















A nuż spotka się tam golfistę...






















I tak się urlop kończy. Dobrze, że był wykorzystany zgodnie z zasadą carpe diem.

PS. Nordkapp, wbrew mitom, którymi obrósł na przestrzeni dziejów, nie jest najbardziej na północ wysuniętym punktem Europy. Kilka kilometrów na zachód znajduje się niepozorny cypelek Knivskjellodden, będący faktycznie geograficznym początkiem/końcem kontynentu. Cóż, siła marketingu...